poniedziałek, 30 czerwca 2008

Przymrużyć oko w wakacje

Zdjęcia z podróży bywają różne. Czasem poddajemy się schematom i przywozimy do domu zdjęcia niczym z katalogu biura wczasowego: zabytki, widoczki, krajobrazy, jakieś zachody/wschody słońca, no po prostu gnioty, emocjonalne betony. Ani atmosfery miejsca, ani wspomnień. Po powrocie nuda i rozczarowanie. To, co wydawało się niezbędne do udokumentowania, zajmuje jakąś szufladę, albo miejsce na dysku i schowane głęboko nie ujrzy światła dziennego do póki nie staniemy się beznadziejnie sentymentalni(starzy?).
Kto nie ma takich zdjęć? Albo, chociaż kto takich nie oglądał u znajomych? No właśnie.

Mamy wakacje i znów pewnie damy się nabrać na tandetę. Nie mam zamiaru pisać ku przestrodze, za to chciałam pokazać zdjęcia Pawła Duczmala, które sprawiają, że bez żalu chce się porzucić pomysł na słoneczne „last minute” i pojechać gdzieś, no byle gdzie… Byle gdzie jest bardzo ciekawe, jest też chyba całkiem niedaleko. Właściwie wcale nie trzeba wyjeżdżać z Polski. Tylko mieć oko i czasem je przymrużyć we właściwym momencie, tak jak Duczmal.


Pasją Pawła Duczmala jest kolekcjonowanie, artysta kolekcjonuje przedmioty materialne nietuzinkowe i dziwne, ale też dokumentuje przy pomocy aparatu absurdy estetyczne naszej rzeczywistości.


Jego zdjęcia uświadamiają nam chaos wizualny w przestrzeni publicznej, ale w obiektywie Duczmala ten nieład zyskuje absurdalną i jednocześnie pociągającą urodę.



Fotografik podczas swoich podróży po Polsce tropi zanikające powoli plastyczne obiekty i kontynuowane ciągle tendencje estetyczne z epoki PRL-u. Interesują go nie tylko wyszukany design artystyczny, ale też kicz i tandeta przeszłości ciągle silnie oddziałujące na dzień dzisiejszy. Z ciepłym humorem obserwuje kontrasty i nowe konteksty, w jakich funkcjonują dawne obiekty.



Tworzy też z wycinków starej rzeczywistości zupełnie nowe, często abstrakcyjne obrazy lub po prostu dokumentuje ostatnie relikty estetyki zrodzonej w czasach komunizmu.


czwartek, 26 czerwca 2008

To co lubię - Paweł Książek

W krakowskim Bunkrze Sztuki trwa wystawa Pawła Książka pt.: "Zbiory", w wywiadzie dla GW rozmawiamy z Pawłem na temat obu cykli prezentowanych w Galerii. Zapraszam.


Patrycja Musiał: Twoja wystawa "Zbiory", pokazywana właśnie w Bunkrze Sztuk, składa się z dwóch obszernych cykli obrazów: "De Stijl vs Black Metal" i " N.N. vs artyści". Skupmy się na początek na pierwszym - próbujesz szukać w nim związków dwóch odległych zjawisk: stylu wypracowanego przez członków grupy De Stijl oraz kanonu muzyki heavymetalowej, tzw. black metalu. Co sprawiło, że postanowiłeś połączyć te dwa bardzo odległe tematy w swojej pracy: dłuższe przemyślenia czy przypadek?

Paweł Książek: Ten projekt jest konsekwencją niewielkiego cyklu, który pokazałem w 2006 r. na zbiorowej wystawie w Finlandii. Pokazałem mural i kilka obrazów śledzących wizualne związki pomiędzy wizerunkiem grupy Kiss i dziedzictwem neopolastycyzmu. To dało ciekawy efekt i podjąłem próbę zbadania związków pomiędzy innymi, pozornie odległymi zbiorami. "De Stijl vs Black Metal" to większy projekt o przenikaniu się dwóch zamkniętych systemów estetycznych, ale również o budowie nowych struktur na bazie elementów z obu zbiorów.


Jakie konkretnie motywy z tych dwóch obszarów wykorzystałeś w obrazach?

- Praca nad takim projektem to szeroka lektura i analiza materiału dokumentalnego. Przebiega na wielu poziomach. Na przykład namalowałem model pracowni Theo van Doesburga wykonany z black metalową wrażliwością materiału. Jeden z pierwszych obrazów przedstawia płytę zespołu Satan opartą o ścianę. Jej krawędzie i odbicia w stole ściśle odpowiadają jednej z kontrkompozycji van Doesburga. Znalezienie tych i podobnych związków zależy od wnikliwości i wiedzy widza. Bez tej informacji to po prostu kompozycje malarskie.

Mottem cyklu"De Stijl vs Black Metal" uczyniłeś cytat z listu Pieta Mondriana do Theo van Doesburga: "Bardzo interesują mnie pana eksperymenty w czterech wymiarach, ale wątpię, aby udało nam się pójść dalej, jeżeli chodzi o przedstawienie tematu. Musielibyśmy rozwinąć jakiś (nowy) zmysł, jak by to sformułował okultyzm". Jak ten tekst odnosi się do Twoich poszukiwań malarskich?

- Ten cytat znalazłem w trakcie pracy nad cyklem, bardzo mnie zmotywował i legitymizował moje patafizyczne poszukiwania. Utwierdził mnie w przekonaniu, że coś musi być w tym absurdalnym założeniu o istnieniu ukrytego mechanizmu, powtarzalnej struktury obecnej w odległych formach zbiorowej kreacji. Okultystyczny motyw się pojawił - manipulując motywem krzesła Zig-Zag, zbudowałem fotograficzny kolaż - formę z wpisanym pentagramem.

W swoich pracach szukasz ciągle paraleli, odnośników, starasz się łączyć różne elementy kultury. Od razu na początku pracy nad cyklem powstaje jakiś ogólny zarys całości czy raczej zaczynasz od koncepcji pojedynczych obrazów?

- To jest raczej efekt intuicyjnego przekonania o istnieniu mechanizmu, który w pewnym momencie lawinowo pozwoli odkrywać zaskakujące relacje, wtedy praca przebiega sprawnie. Przede wszystkim motywują mnie zaskakujące dla mnie odkrycia. Ciekawość tego, co powstanie, napięcia towarzyszące powstawaniu obrazu przenoszą się na cykl jako większą narrację.


Również cykl " N.N. vs artyści" to rodzaj śledztwa drążącego temat łączników między kulturą niską i wysoką. Zajmujesz się w nim porównywaniem i zestawianiem anonimowych zdjęć internetowych N.N. (łac. nomen nescio - imienia nie znam) z dziełami sztuki uznanych artystów. Artysta zastanawia się, co jest sztuką, a co nią nie jest?

-Tak, ale ja nie zestawiam anonimowych zdjęć, tylko moją malarską wersję wydarzeń zobaczonych na tych zdjęciach. Jestem fantazmatycznym śledczym dokonującym wizji lokalnej przy pomocy niezidentyfikowanego "oka". Pytam o potencjał kreacji artysty i artystyczny potencjał amatorów. To artyści postulowali ścisły związek życia ze sztuką. Mam wrażenie, że to jest jego zaskakująca realizacja.

Jakie sytuacje artystyczne wykorzystałeś w " N.N. vs artyści"?

- Zbiór, w którym znalazły się prace artystów, zbudowałem, opierając się na akcjonizmie wiedeńskim, performansie, happeningu, sztuce żenującej, tym, co lubię i znam.

Raczej poszukiwałeś odpowiedników znanych działań artystycznych wśród anonimowych zdjęć czy odwrotnie?

- O powstaniu obrazu na bazie sytuacji zobaczonej przeze mnie na amatorskim zdjęciu decydowało analogiczne udokumentowane dokonanie artysty.

Czy chciałeś, żeby Twoje obrazy przeniosły anonimowe zdjęcia, sytuacje i osoby do sfery kultury wysokiej, chciałeś je nobilitować, wyróżnić?

- Nie sądzę, pytam o to, ale nie jestem Duchampem. Zastanawiam się, dlaczego akcja przyklejenia galernika do ściany przez Cattelana jest dziełem sztuki, a identyczne wystąpienie w akademiku nie ma na to wielkich szans. To jest pytanie o mechanizm, społeczne funkcjonowanie sztuki, ale również o intencje takich działań. To one decydują o tym, że w fontannie Duchampa widzimy dzieło sztuki, a nie pisuar.


Dlaczego zdecydowałeś się na pokazanie slajdów ze zdjęciami, które stanowiły dla Ciebie inspirację w pracy? Obawiałeś się, że pokaz będzie bez tego zbyt hermetyczny dla przeciętnego widza?

- Przede wszystkim percepcja jest uwarunkowana indywidualnie ze wszystkimi konsekwencjami. Jestem artystą otwartym na interpretacje widzów. W zeszłym roku pokazałem w CSW kilka niewielkich prac z tego cyklu bez pokazu slajdów. Wizualne zderzenie obu zbiorów działa mocniej (nawet na erudytę) niż sugestia: "Proszę odszukać w pamięci reprodukcję odpowiednika tego malarskiego przedstawienia". Tę całościową konstrukcję można rozbić na mniejsze zbiory, podzbiory, wreszcie elementy proste, elementarne obrazy, rozwiązania czysto malarskie.


Tytuł Twoje wystawy to "Zbiory" - Ty sam czujesz się zbieraczem, kolekcjonerem. Przeczytałam, że uważasz swoje zbieractwo internetowe za formę perwersji. Dlaczego?

- Ach, traktuję to chłodno i metodycznie. Wojtek Szymański napisał w katalogu, że to patafizyczna perwersja. Coś w tym jest. Zauważyłem, że większość osób identyfikuje słowo zbiory z kolekcjonowaniem. To prawda. Mały szczegół tkwi w tytule: angielskie słowo "sets" wskazuje także na matematyczne konotacje, po prostu operacje na zbiorach.

Uwaga! Wystawa tylko do 6 lipca, warto wybrać się do KRK bo obrazy Pawła rzadko można oglądać w takim dużym wyborze, a poza tym z tego co wiem, większość z nich została sprzedana i pewnie po raz ostatni prezentowane są razem.

niedziela, 22 czerwca 2008

Na blogu POLITYKI "Listy z [pop]kultury"

przy okazji naszego pokazu kinowego w ramach
ART IN CINEMA
Joanna Wojdas rozmawia z Wilhelemem Sasnalem o filmach i nie tylko. Zapraszamy do czytania:
czI
czII

środa, 18 czerwca 2008

ART IN CINEMA - Sasnal

Dziś o 19.00 zapraszamy do Kina Pod Baranami w Krakowie na pokaz filmów Wilhelma Sasnala - to kolejna odsłona naszego projektu ART IN CINEMA.


Na pewno zostaną wyświetlone filmy:
Brasil 2005
Mojave 2006
The Ranch 2006/2007
Let Me Tell You a Film 2007
Widlik 2007
Drugi Kościół 2008
ale to nie wszystko, zobaczymy też inne tytuły... jakie, no właśnie zobaczymy o 19.00.

Po pokazie after party w klubie Miejsce (ul. Estery 1)


Więcej informacji o ART IN CINEMA i pokazie Sasnala znajdziecie na stronie Fundacji No Local.

poniedziałek, 16 czerwca 2008

Podwójny portret własny

Dziś po raz ostatni w CSW można było zobaczyć wystawę „Portret własny” prezentującą fragment kolekcji Piotra Bazylko i Krzysztofa Masiewicza. Kto nie widział, może sobie obejrzeć zdjęcia prac poniżej (ku mojemu zaskoczeniu (miłemu) pilnująca pani bez oporów pozwoliła na fotografowanie). Wystawa maleńka, ale esencjonalna.

W samym wejściu – niczym przepustka - zawisło „zdjęcie” Rafała Bujnowskiego – ironiczna manipulacja, w której artysta sfotografował swój fotorealistyczny autoportret, a zdjęcia - z powodzeniem - wykorzystał do wniosku o wizę amerykańską.

Zresztą to nie jedyny projekt Bujnowskiego, znajdziemy tu jeszcze pracę z serii „Negatywy”, w tym wypadku autoportret w odwróconych kolorach. Bujnowski niezbyt chętnie definiuje siebie jako malarza i zazwyczaj stara się swoje malarstwo ukryć gdzieś za konceptem, ale ono wcale się nie daje, nawet traktowane jako narzędzie wychodzi zazwyczaj na pierwszy plan, tak jak w przypadku „Negatywów”.

Za Bujnowskim znalazł się obraz Bartka Materki, autoportret z synem – dwie zniekształcone przez odbicie w wodzie postacie, otoczone fosforyzującym światłem. Pozornie oszczędny, dwukolorowy obraz, jeden z wielu autoportretów Materki gdzie charakteryzuje siebie przez rolę ojca.


Obok praca Roberta Kuśmirowskiego, edycja rastrowych z Targów Taniej Sztuki.

Za nią mała instalacja-rzeźba „Autoportret w Pracowni” Szymona Kobylarza

i autoportret Zbigniewa Rogalskiego w podobnym kontekście: w pracowni, z atrybutami malarskimi.

Na wystawie „Portret własny” zobaczymy też portrety dwóch artystek Joanny Pawlik

i Anety Grzeszykowskiej – dwie zupełnie inne prace, ale jednak podobne. To są chyba jedyne tutaj autoportrety, bez pretekstu, autoportrety dla samego przyglądania się sobie.

Zupełnie inaczej patrzy na siebie Paweł Dunal, którego autoportret pozbawiony twarzy można traktować jako przewrotny żart lub dowód wewnętrznego wycofania i niechęć do autokonfrontacji.

Praca Michała Dudka „Autoodlew” ma z kolei wydźwięk wanitatywny - im młodsi artyści tym mroczniejsze autowizje.

W małej salce w CSW zawisł też sporych rozmiarów poczwórny autoportret Wilhelma Sasnala z 1999 roku w trzech różnych T-shirtach z nazwami zespołów muzycznych, dowód fascynacji muzycznych artysty. Motyw koszulek powróci później w innym projekcie, w bardziej literalnej formie, gdzie Sasnal naciągnął T-shirty muzyczne na blejtramy.


Autoportret Piotra Janasa jest z kolei autoironiczny. Kolekcjonerzy w wywiadzie kuratorskim zrobionym przy okazji wystawy przez Marcina Krasnego mówią o nim tak: „Wydaje mi się szalenie ciekawy. Niby surrealistyczny, niby przypadkowy, ale równocześnie tak prawdziwy, że aż się chce porozmawiać z tą postacią na obrazie”


Chociaż wyraźnie określony klucz wystawy jest bardzo prosty to skonstruowano ją z prac, które wcale nie są jednoznaczne.
„Portret własny” jest też dla mnie tytułem o podwójnym znaczeniu – oprócz autoportretów twórców, widzę w tym pokazie rodzaj podwójnego „portretu kolekcjonerskiego” Piotra Bazylko i Krzysztofa Masiewicza.

czwartek, 12 czerwca 2008

Paradoks, szarpanina, opresja, czyli nieboska matka

„Moja matka nie jest Boska” to nowa wystawa pokazywana w krakowskim Bunkrze Sztuki.
W wywiadzie dla Gazety Wyborczej rozmawiam o niej z kuratorkami: Anką Sasnal i Martą Sztabą.

Fot. Mateusz Skwarczek / AG

Patrycja Musiał: Jesteście jednocześnie redaktorkami "Utworu o matce i ojczyźnie" i kuratorkami wystawy "Moja matka nie jest boska" - zanim więc zaczniemy rozmawiać o wystawie, opowiedzcie o książce.
Anka Sasnal: "Utwór o matce i ojczyźnie" narusza społeczne tabu mówienia w otwarty, często niezbyt przychylny sposób o własnej matce. Dotyka spraw, które są pochowane gdzieś głęboko w naszych głowach. Keff opowiada osobiste historie: od codziennych kłótni, aż po walkę córki o zaistnienie w życiu matki, zaistnienie w historii, w przeszłości żydowskiej rodziny, która zginęła w Holokauście. W drugą stronę matka domaga się absolutnej i wyłącznej uwagi i obecności w życiu córki. To jest paradoks, szarpanina, opresja.

Kiedy wpadłyście na pomysł, by wydaniu książki towarzyszyła inspirowana tekstem wystawa?

Martyna Sztaba: Równolegle z decyzją o wydaniu książki, czyli jesienią zeszłego roku, pojawiła się koncepcja wystawy. Anka od razu miała dla niej tytuł: „Moja matka nie jest boska”.
AS: W tej książce jest mnóstwo cytatów kulturowych, to zachęcało by przełożyć ją na inny język. Keff zwróciła się do nas z pomysłem przeniesienia „Utworu” na scenę, ale my zaproponowałyśmy wystawę i ta koncepcja została przyjęta.

Jak wybrałyście artystki i skąd akurat taki wybór?

M.Sz: Klucz był dosyć prosty. Szukałyśmy artystek co, do których miałybyśmy pewność, że przeczytają tekst i będą w stanie z nim pracować. Ten poemat wprowadza terror tekstu, łatwo mu ulec. Dziewczyny, które z nami pracowały to silne osobowości, nie dały się zdominować. Jadwiga Sawicka w ogóle pracuje z tekstem i słowem, tu wybór był oczywisty. Z kolei Anna Baumgart porusza w swych pracach bolesne problemy, odwołuje się do negatywnych mocnych emocji – a takie są w tym tekście.


Ola Buczkowska, Suko jedna, wydruk cyfrowy 2008

Na wystawie są też prace Oli i Doroty Buczkowskich, czy to przypadek, wybrałyście artystki, które są siostrami?

AS: Nie. To siostrzeństwo wydawało nam się to bardzo ciekawe. Dwie różne osoby, jednocześnie córki tej samej matki, która na dodatek jest sama artystką. Myślałyśmy, że dziewczyny będą pracować razem, ale one jednak zadecydowały inaczej. Każda chciała przygotować osobny projekt i tak się stało. Na przykład Ola przysłała nam zdjęcia, które robiła w damskich toaletach w Łodzi – fotografowała napisy, bazgroły dotyczące kobiet. Każdy z nich mógłby być cytatem lub komentarzem do tekstu Keff. Wybrałyśmy tylko jeden kadr i powstała z niego fototapeta, jako forma przeniesienie sytuacji, w jakiej artystka znalazła ten napis.

Ola Buczkowska zrobiła też na wystawę instalację dźwiękową.

AS: Tak, to jest ważna praca. Nagrany głos małego dziecka mówiącego tylko jedno słowo- mamo. Dźwięk narasta. Słychać to wołanie na całej wystawie. Dziecko staje się symbolem opresji, a macierzyństwo jest chorobą dziedziczną, tak jak u Keff.


Jadwiga Sawicka, Coś mi się robi, instalacja 2008

Dlaczego zaprosiłyście same kobiety?

M.Sz: Zadecydował o tym tekst. Nie występuje w nim jako bohater żaden mężczyzna, mężczyźni są na dalszym planie, wspomina się tylko o nich.

Jak artystki poradziły sobie z tekstem?

M.Sz: Tekst był inspiracją dla wszystkich artystek, niektóre go zinterpretowały, inne go zaadaptowały. Interpretację przeprowadziła np. Zorka Wollny, która przeczytała książkę i zauważyła podobną historię u siebie w rodzinie, nakręciła o tym film. Sawicka podeszła do problemu bardzo literalnie, wyciągnęła bezpośrednie cytaty z „utworu” i wykorzystała je w swojej instalacji. Z kolei adaptację tekstu zrobiła Anna Baumgart, przekładając go na język ruchu.

Która praca jest najluźniej związana z tekstem Keff? Kto odszedł najdalej od tematu?

AS: Karolina Kowalska mocno zdystansowała się do tekstu.

M.Sz: Potraktowała go bardzo luźno, zainteresował raczej tytuł wystawy, czyli „Moja matka nie jest boska”. Kowalska pokazała, że matka potrafi być rozrabiarą i buntowniczką, czasem po prostu nie jest boska.

Postawiłyście artystką trudne zadanie, przygotowanie projektu w oparciu o zamknięty tekst innej autorki. Czy było coś, co was zaskoczyło w ich pracach i interpretacjach książki?

AS: Zaskoczyło mnie to, że żadna z artystek nie zmierzyła się z drugą częścią utworu, w której Keff opowiada o naszej Ojczyźnie, co Matczyzną być nie chce i nie dla wszystkich jest boska. Tylko w osobistej pracy Zorki, która sprowokowało rodzinny „coming out”, kobiety mówią, że dzieci rodzi się dla narodu, to jedyny taki akcent.

Jak autorka tekstu zareagowała na wasz pomysł wystawy?

M.Sz: Była zaskoczona i jednocześnie zachwycona pomysłem..

Podobały jej się projekty, zobaczyła je dopiero na wernisażu, wiem, że nie miała wpływu na wasze kuratorskie decyzje.

AS: Nie chciałyśmy jej angażować w sprawy wystawy i konfrontować z nią artystek. Zależało nam, by potraktowały książkę uniwersalnie, a nie skoncentrowały się na historii prywatnej autorki. To przyniosło dobre efekty, a Bożenie bardzo podoba się sposób w jak dziewczyny odniosły się do jej tekstu.

Jak pracowało się z samymi kobietami?

M.Sz: Fantastycznie, nie było żadnych niedomówień, mało słów dużo pracy.


Dorota Buczkowska, Transfuzja, instalacja 2008

środa, 4 czerwca 2008

When Luc Tuymans met Wilhelm Sasnal

W warszawskiej Zachęcie została otwarta wystawa Luca Tuymansa „Idź i patrz”. Za kilka dni znajdziecie u nas wybór kilkunastu prac belgijskiego artysty sfotografowanych na wernisażu, a dziś przypominamy materiał z lutowego numeru ArtReview pt.: „When Luc Tuymans met Wilhelm Sasnal”.

Photo: Alex Salinas

Ewelina Rosińska przygotowała dla ART AKTUALIÓW tłumaczenie fragmentów rozmowy Tuymansa i Sasnala.

Jednym z ważniejszych tematów, w rozmowie Sasnala z Tuymansem jest odbioru ich twórczości przez publiczność i krytyków:

WS: W moim przypadku, nieporozumienia zdarzają się najczęściej, jeśli wszystko[malarstwo Sasnala, przyp.red] jest wkładane w kontekst komunizmu. Co jest bzdurą. Oto polski artysta, wystawia w Europie, musi odnosić się do kwestii komunizmu. Ale ja, nie muszę. Sztuka nie “odnosi się” do niczego. Jest o zadawaniu pytań i a nie o dostawaniu odpowiedzi.

LT: Właśnie. Życie jest w zasadzie polityką, ale w galerii nie wieszasz słów „sztuka” i „polityka” na ścianie. Dzieło sztuki powinno mieć więcej niż jeden kierunek interpretacji. Nie może służyć jako element zjednujący, lub poświadczający coś. Nie jest ważne, aby przekonywać ludzi, ludzie muszą sami przekonywać siebie, powinni patrzeć własnymi oczami[…]

Artyści rozmawiają też o stosunku do własnych obrazów - w trakcie pracy i kiedy są już ukończone:

WS: Wiesz od samego początku jak będzie wyglądać obraz, który zaczynasz malować?

LT: Tak. Nigdy niczego nie wymyślam. Kiedy zaczynam prace, planuje ją, nakładam najpierw najjaśniejszą farbę. Format mam w głowie, wiec przybijam (do ściany przyp. red.) trochę większe płótno. Następnie od razu w mokrej farbie robię rysunek docelowej wielkości. Potem go wymazuje i zaczynam malować. Drobne fragmenty mogą się zmienić o milimetr czy centymetr, ale sam format nigdy się nie zmienia. Kiedy obraz jest gotowy, kiedy skończy się dzień, maluje krawędzie na biało żeby go podkreślić. […]


LT: Początek tworzenia obrazu to dla mnie udręka, jestem zdenerwowany. Dzień wcześniej przygotowuję się. Przychodzę do studia i pewnym momencie obraz się wyłania i łączy w całość, to jest przyjemność. Wtedy możesz zobaczyć rzeczy, których nikt inny nie widzi. Najważniejszą rzeczą w obrazie są właśnie te niuanse. Każdy obraz ma swoje słabe momenty i punkty przełomowe[…]

WS: Jestem sceptyczny wobec mistrzów malarstwa. Nie mogłem patrzeć na stare obrazy po tym jak skończyłem szkołę. Trzy lata nie chodziłem do muzeów i chciałem je wszystkie spalić. Ale jakoś sobie z tym poradziłem i nabrałem dystansu.

LT: Jak widzisz, nie mam tutaj [w domu T. przyp. red.] żadnych obrazów, ponieważ nie znoszę konfrontacji z moimi dziełami. Widzę tylko błędy. Nie mam z tym problemu w muzeum, ale kiedy jestem u kolekcjonerów, siadam tyłem do własnego obrazu.

WS: Kiedyś poszedłem do domu, gdzie były moje obrazy. Nie czułem nic, poza obojętnością, nie były już moje.

LT: Chciałbym kiedyś pójść na wystawę własnych dzieł i spojrzeć na nie z pespektywy innego człowieka.

WS: Nigdy nie zostawiasz własnych obrazów dla siebie?

LT: Nie jest to mądre, ale nie mogę. Nie mógłbym mieć własnych obrazów w domu. Nie jestem fetyszystą, po prostu nie mogę.