W sobotę w Warszawie na Chłodnej 25 odbyło się spotkanie/konferencja pod hasłem UNDEAD GALLERY. Na prezentacji polskich niezależnych galerii powstałych po 2000 roku, połączonej z panelem dyskusyjnym, pojawili się ludzie z całej Polski.
Organizatorzy Monika Weychert i Piotrek Stasiowski zaprosili także nas jako Fundację No Local, nie jesteśmy, co prawda galerią, ale z niecierpliwością oczekiwałyśmy tego spotkania licząc na wymianę pomysłów i strategii działania niezależnych instytucji.
Konferencja zaczęła się od prezentacji poszczególnych inicjatyw, które sprowadziła się raczej do pokazania własnych osiągnięć i wystaw (najczęściej bardzo ciekawych) niż do opisu dróg działania i pomysłów na funkcjonowanie.
Pierwsza część dyskusji przyniosła prawdziwe rozczarowanie. Zaczęło się od skarg na problemy lokalowe, ciemne moce reprezentowali tu bezwzględni deweloperzy (casus PGR w Stoczni Gdańskiej), później narzekania było jeszcze więcej. Atmosfera niezadowolenia i beznadziejności podniosła mi ciśnienie, dowiedziałam się, że deweloperzy są okrutni, bo nie wspierają sztuki (a dlaczego deweloperzy mieli by ją właściwie wspierać, nikt się nie zastanawiał… Nie doszło też do wymiany myśli na temat tego jak ich ewentualnie zainteresować wspieraniem sztuki), urzędnicy są beznadziejni, bo sztuki nie rozumieją i nie dają na nią pieniędzy (tu Natalia Uziębło konstruktywnie zaproponowała szkolenia urzędników w temacie sztuki i pochwaliła NGO za organizowanie takich inicjatyw), dziennikarze są bezmyślni i piszą beznadziejne teksty, albo nie piszą w ogóle (przy tym nie pojawiła się refleksja nad realiami w dzisiejszych mediach i rolą informacji!), a pewnej chwili, w kontekście promocji, która pozwoli dotrzeć do osób jeszcze sztuką nie zainteresowanych, którzy na co dzień Obiegu nie czytają (może nawet nie wiedzą, że istnieje) padło kuriozalne stwierdzenie, że Ci widzowie także są głupi, właściwie niepotrzebni i po co niezależne organizacje mają o nich walczyć, skoro to są zadania publicznych instytucji.
W tym momencie szlag mnie trafił, bo jakoś na kwestię odbiorcy jestem ogromnie wyczulona, uważam, że jest ważny i potrzebny, a nasze fundacyjne działania pokazują, że publiczność nie uczęszczająca do galerii na co dzień np. chętnie ogląda sztukę wideo w kinie – jest ciekawa świata i otwarta na to, co dla nich nowe.
Wydawało nam się z Gośką, że prostą, choć nie łatwą drogą do rozwiązania tych problemów egzystencji instytucji niezależnej są dwie kwestie: informacja o działaniach, promocja i szeroko zakrojone poszukiwanie funduszy na działalność (które, aby osiągnąć powodzenie musi stanowić istotny i często czasochłonny element pracy organizacji/galerii). Ku mojemu zdziwieniu w tej kwestii aktywnie (wyrażając opinie) zgodziło się z nami bodajże pięć osób! Opozycja lekceważąca te sprawy była liczebnie silniejsza.
Argumentami przeciw promocji i fundraisingowi były te mityczne pojęcia, dziwnie definiowane na spotkaniu – wolność i niezależność.
To, że pozyskujemy środki, szukamy sponsorów nie przeszkadza w poczuciu wolności i niezależności. Dla nas przejawiają się tym, że dzięki Fundacji No Local możemy pracować z kim chcemy i w jaki sposób chcemy. Po prosu, kiedy jakiś wniosek nas ogranicza i nie pozwoli podjąć przez nas pożądanych działań szukamy innego! Wydawało się, że to dość oczywiste kwestie – okazuje się, że nie.
Po dyskusji nasz znajomy, niezależny obserwator, zaproponował, że w jego komentarzem do zaistniałej sytuacji będzie kupno dla każdego z uczestników paczki chusteczek higienicznych. I pewnie to było by najlepsze podsumowanie.
Druga, wieczorna część dyskusji przybrała zaskakujący obrót (być może dlatego, że pojawili się nowi goście…). Właściwie był to zwrot o 180 stopni, przede wszystkim kwestia pieniędzy w sztuce przestała być traktowana jako ostateczne porzucenie ideałów, okazało się, że nawet da się je jakoś zaakceptować, można ewentualnie je zarabiać (np. tak jak f.a.i.t., byle nie tak otwarcie jak Raster i FGF, których praktyki zlokalizowano po ciemnej stronie mocy, zapominając zupełnie o wkładzie pracy, jaką tam włożono w wypracowanie ich dzisiejszej pozycji).
Ogólnie wymiana zdań poruszała się w niewyraźnych kategoriach, próbach (bezowocnych) określenia roli galerii niezależnych w stosunku do galerii komercyjnych i państwowych instytucji sztuki oraz deklarowania potrzeby refleksji teoretycznej na ten temat. Z całym szacunkiem dla teorii i historii – może jednak powinniśmy więcej działać niż mówić.
Po konferencji nasuwa się wniosek, że skoro ktoś umiejscawia się na marginesie to na pewno tam zostanie, skoro nie zaakceptuje rzeczywistych realiów to realia nie zaakceptują jego i następną konferencję trzeba będzie nazwać Dead Gallery, a chusteczki staną się niezbędne. Przekonanie o tym, że niezależność musi być amatorska, wzajemna rezerwa i niechęć do profesjonalnego podejścia menadżerskiego w sztuce może zakończyć się dla wszystkich klęską.
Pozdrawiamy wszystkie instytucje/organizacje/galerie, które jednak wniosły na spotkaniu powiew optymizmu.
Patrycja Musiał, Małgorzata Mleczko















